A miało być tak pięknie… już witał się z gąską i mu samolot anulowali…

Start wyprawy do Kambodży i Birmy już w na samym początku opóźnił się znacząco żeby po kilku godzinach ponownie przyspieszyć.

A było to tak… planowaliśmy podróż do Phnom Penh przez Amsterdam, Hong Kong i Bangkok. Aż tu nagle zaskoczenie – mgła nad lotniskiem Schipol spowodowała odwołanie lotu… Po wypiciu szklaneczki wody mineralnej na pokładzie Embrayera
wysiedliśmy, a za nami nasze bagaże :) Niestety jeden z bagaży wysiadł bardzo uszkodzony i musieliśmy złożyć reklamację (w efekcie jedna z turystek dostała nowiutką chińską walizkę…

Podróż trzeba było zaczynać od nowa. Pierwsza opcja – lecimy przez Londyn, później zmiana koncepcji na Frankfurt -> Bangkok -> Phnom Penh. Niestety ta ostatnia wersja spowodowała duże opóźnienie lotu na Frankfurt i niestety pewna pani z dużego koncernu nie zdążyła na przesiadkę (jeżeli jogurty z małym głodem podrożeją z tego powodu to nie mówcie, że to moja wina) Pani energicznie podzieliła się ze stewardesą i mną swoimi problemami – bo to na mnie i ręcznie wypisywany bilet dla 19 osób wszyscy czekali… Zdenerwowała się tym bardziej, że przy okazji dostałem bilet w business klasie (niestety tylko do FRA). Dalej było już tylko lepiej… czyli rezygnując z jednej przesiadki zyskaliśmy na czasie i na miejscu byliśmy godzinę wcześniej…

Niestety to nie był koniec zabawy z bagażami – bilans na wejściu w Phnom Penh – 1szt. rozwalona, 2 zaginęły w czeluściach systemu lotniczego. Właśnie przed chwila po całym dniu zwiedzania stolicy odebrałem odnalezione w końcu walizki. Świetnie, bo juz myślałem, że moi klienci do końca wyjazdu będą chodzić w T-shirtach „I love Cambodia” i podrobionych majtkach D&G.

Zwiedzanie – no cóż – zgodnie z planem – Muzeum Narodowe, Tulong Sleng (z czasów Pol Pota) i inne ciekawostki. Jutro Pałac i
Srebrna Pagoda ze Szmaragdowym Buddą i wyjazd do Siem Reap… będzie się działo! ;)