17 dni = 10 uszkodzonych walizek + 2 rozbite czoła + 2 stłuczone nogi + 1 portfel zostawiony w samolocie…

Każda wycieczka to nowe doświadczenia zdobyte w pilockim fachu. Od dzisiaj możecie nazywać mnie specjalistą od zniszczonych walizek i zgubionych portfeli.

Pierwsza rozleciała się zanim zdążyliśmy wylecieć z Polski – tzn. po krótkiej podróży na trasie: terminal – samolot – terminal niestety nie wytrzymała napięcia i zupełnie się rozpadła. Na szczęście bez większych kłopotów moja turystka w ramach rekompensaty jeszcze w Warszawie otrzymała nowiutką chińską walizeczkę, która rozleciała się i tak w drodze powrotnej. Kolejna sztuka nie wytrzymała trudów lotu do Phnom Penh ale tutaj rozwiązanie zaproponowano z goła inne. Ponieważ uszkodzenia nie były aż tak rozległe miła pani zaproponowała przeszycie rozerwanych szwów na koszt linii lotniczej… niestety najbliższy akredytowany przez linię krawiec znajdował się w Bangkoku… po negocjacjach stanęło na wykorzystaniu kambodżańskiej siły roboczej. Jak się później okazało krawiec był prima sort ponieważ waliza wróciła razem z nami w całości do Polski. Kolejne rozlatywały się regularnie z częstotliwością „co zmiana środka lokomocji” i bez znaczenia było czy tym środkiem był samolot, autobus, łódź czy plecy tragarza. Najbardziej zaskakująca była kąpiel jednej z walizek w wodzie kapiącej z klimatyzacji autobusu – tego się nie spodziewałem.

Pierwsze stłuczone czoło pojawiło się po wizycie w Angkor Wat. Ogrom piękna zgromadzonego naokoło głowy spowodowało, że jedna niższa belka pozostawiła trwały i krwawy ślad na czole jednego z moich turystów. Następnym razem zabiorę ze sobą kilka kasków dla najwyższych…

Przy drugim razie nie było już tak wesoło – nieco starsza pani potknęła się podziwiając suszące się na brzegu drogi ryby i poleciała bezwładnie na twarz. Wyglądało to bardzo poważnie. Lokalesi w mgnieniu oka przylecieli z plastrami – chyba nie była to pierwsza wywrotka zachodniego turysty w tej okolicy…Guz gigant opanowany został kostkami lodu ale fioletowe limo na całej twarzy i klatce piersiowej (tego akurat nie sprawdzałem) pozostały do końca wyjazdu.

O stłuczonych / skręconych kostkach nie warto wspominać bo to klasyka gatunku – źle stąpniesz i gotowe.

W drodze powrotnej, podczas przesiadki w Hong Kongu zamiast bezcłowych zakupów niespodziewanie pojawiło się kolejne zadanie specjalne. Jeden z turystów zgłosił, że na siedzeniu w samolocie z którego właśnie wysiedliśmy leży sobie jego portfel i bardzo za nim tęskni. Cóż było robić – na przesiadkę była tylko godzina a samolot za moment mógł odjechać na zasłużony odpoczynek po kursie z Bangkoku. Wykonaliśmy błyskawiczny sprint przez lotnisko w kierunku wyjścia z samolotu ale okazało się, że na ponowne wejście na pokład nie było już szans. Na sąsiednim stanowisku naszej linii lotniczej złożyliśmy doniesienie o pozostawionym portfelu i czekaliśmy aż ktoś sprawdzi sytuację w samolocie. Pierwsza rewizja – bez efektu. Poprosiłem o ponowne sprawdzenie i tym razem po dłuższej chwili – sukces – portfel wrócił do właściciela.

 Na lotnisku w Warszawie zgłosiliśmy jeszcze kilka uszkodzeń walizek i po pożegnaniu grupy imprezę można było uznać za zakończoną sukcesem…