Od 8 listopada 2013r. kiedy to w Filipiny uderzył supertajfun Haiyan zwany też w tamtym regionie Yolanda minęło już trochę czasu. Temat trochę przysechł więc mam nadzieję, że nikt nie posądzi mnie o żerowanie na ludzkiej tragedii. Zapraszam na relację z kilku godzin spędzonych w Tacloban czyli okolicy, która prawdopodobnie najbardziej ucierpiała w wyniku ataku żywiołu.

resztki terminalu na lotnisku w Tacloban

Na lotnisku witają nasz resztki terminalu. Na prędce zorganizowana hala przylotów/odlotów. Z sufitu i ścian zwisają resztki kabli. Prąd z agregatów. Karta pokładowa wystawiona na powrót to zwykła kartka papieru wypisana przy prowizorycznym stanowisku obsługi. Kontrola bezpieczeństwa w wersji macanej i grzebanej – choć wątpię żeby ktoś miał w takich warunkach ochotę na zorganizowanie zamachu terrorystycznego.

Amerykańscy Marines kręcą się po lotnisku i ogarniają pomoc humanitarną, która przyleciała z ich kraju. Na ulicach miasta widać i czuć obecność wojska. Transportery, ciężarówki, samoloty i helikoptery patrolują okolicę… atmosfera niemal jak na wojnie. W tych warunkach poczułem się dosyć nieswojo…

Jest też lokalne wojsko. W mieście po godzinie 20 obowiązuje godzina policyjna. Na wielu skrzyżowaniach ustawione zostały prowizoryczne rogatki, przy których kontroluje się przejeżdżające samochody i ludzi.

Ponieważ w pierwszych dniach po uderzeniu tajfunu zdarzały się przypadki plądrowania sklepów teraz przed tymi, które jeszcze coś mają w środku pojawili się uzbrojeni ochroniarze.

 Takie tabliczki pojawiły się w wielu miejscach. Ta po lewej narysowania została zapewne przez jakiegoś małego dzieciaka… Kiedy na początku mojej wyprawy (3 dni po tajfunie) pojechałem w inne miejsce Filipin – na północ wyspy Cebu (wpis tutaj) podobne tabliczki trzymały dziesiątki dzieciaków prosząc o wodę, jedzenie, datki czy inną pomoc. Widząc to większość pasażerów mojego autobusu najzwyczajniej w świecie się rozryczała…

Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak tablica z potrzebami / zadaniami do wykonania w jednego z sąsiedztw…

Po wyjściu z terenu lotniska poszedłem w stronę „centrum”. Na około wszystko było połamane, poskręcane, zmielone. Wśród tej niemal jednolitej kupy śmieci, które kiedyś były domami i dobytkiem mieszkańców Tacloban chwilami trudno było się połapać… dokąd iść… którędy prowadzi droga…

Dla kogoś, kto oglądał dotychczas miejsca podobnych katastrof jedynie za pośrednictwem mediów może wydawać się dziwne, że w takich miejscach, gdzie ludzie stracili dosłownie wszystko, życie idzie do przodu i ludzie starają się jakoś żyć… myją się, piorą, gotują, jedzą, odpoczywają. Dzieciaki się bawią i szaleją wśród tego bajzlu, który nagle stał sie ich nowym placem zabaw…

 Więcej zdjęć w drugiej i trzeciej części (2-KLIK) – (3-KLIK)

Ciekawy temat? Podziel się  nim ze znajomymi korzystając z przycisków społecznościowych poniżej i polub Lotoholika na Facebook’u www.facebook.com/lotoholik