Ta informacja przetoczyła się ostatnio przez wszystkie media: „odszedł w sobotę 17 grudnia o godz.8.30 czasu lokalnego w pociągu podczas podróży po kraju w rezultacie rozległego zawału serca, w warunkach wielkiego napięcia umysłowego i fizycznego. Jak sobie pomyślę sobie o tym wielkim napięciu  to szlag powinien mnie trafiać średnio 7 razy dziennie… ale o tym kiedy indziej…

Do Korei Północnej dotarłem w 2008 roku. Jest to jeden z niewielu krajów gdzie praktycznie nie istnieje turystyka indywidualna – byłem skazany na zakup wycieczki w jednym z polskich biur podróży. Nie był to kierunek zbyt oblegany więc na zebranie się grupy czekałem niemal 2 lata.

Pierwsze zaskoczenie nastąpiło już na lotnisku w Pekinie.  Samolot koreańskich linii lotniczych Air Koryo lata świetności miał już zdecydowanie za sobą. Na pokładzie powitały nas panie w strojach ludowych nieco trącących Cepelią. Do picia podały oranżadę, podobną do tej, którą pamiętam z końcówki lat 80-tych. Na lotnisku w Phenianie kolejna niespodzianka – „ze względów bezpieczeństwa” musieliśmy oddać do depozytu telefony komórkowe. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć o czyje bezpieczeństwo chodziło? W tym czasie w Korei nie było żadnej sieci komórkowej więc nasze telefony i tak były zupełnie bezużyteczne.

Powitało nas dwoje przewodników choć trafniejszym byłoby określenie opiekunów. Od tej chwili nie opuszczali nas nawet na krok. Program wycieczki był z góry ustalony i nie było mowy o jakichkolwiek odstępstwach. Kiedy pewnego ranka postanowiliśmy wyrwać się skoro świt z hotelu po kilku minutach odnalazł nas nasz przewodnik ubierając się w trakcie „pościgu” za nami. Przynajmniej miałem satysfakcję, że spróbowałem być przez chwilę nieposłuszny.

Wszechobecny kult Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila na ulicach, w domach i zakładach pracy przypominał mi nieco pomniki, popiersia i inne malowidła poświęcone wodzom rewolucji w dawnym Związku Radzieckim. Jak widać proste metody marketingu politycznego sprawdzają się najlepiej. Dwaj Kimowie mają nawet kwiaty nazwane swoim imieniem, chociaż w sumie i w naszym pięknym kraju pani prezydentowa Kaczyńska też ma swojego tulipana…

A propos polskich akcentów… przy wejściu do Wieży Idei Dżucze (doktryny politycznej Korei, zakładającej samodzielność i samowystarczalność we wszystkich dziedzinach życia Koreańczyków) znalazłem tablicę z 1981r. upamiętniającą „Otwock – miasto przyjaźni polsko-koreańskiej”. Hmm… zaiste bardzo ciekawe ;)

W stolicy zobaczyliśmy Pałac Młodzieży, gdzie jak na zawołanie dzieciaki grały na akordeonach, malowały, wyszywały, ćwiczyły taekwon-do a nawet specjalnie dla nas zaprezentowały krótki spektakl. Dosłownie sielanka…

Wstąpiliśmy także do gigantycznej biblioteki, gdzie na nasz widok pani bibliotekarka za pomocą dziwnego systemu taśmociągów w mgnieniu oka pokazała nam książki. Niestety coś nie zadziałało i książki, które podjechały były po rosyjsku. Po chwili tłumaczenia, że od 1989 roku nie jesteśmy już częścią CCCP i korzystamy z innego języka właściwa pokazowa seria książek z lat 80-tych wylądowała przed nami.

Kolejną atrakcją była przejażdżka metrem – w końcu jak przystało na porządny kraj mają aż 2 linie metra… a Polska ciągle w budowie… Drogi a właściwie autostrady są też bez zarzutu – szerokie, równe, proste – tylko jakoś samochodów nie widać i ludzie częściej chodzą niż jeżdżą. Przynajmniej nie ma korków i społeczeństwo zdrowsze…

O wizycie w pokazowym gospodarstwie rolnym, strefie zdemilitaryzowanej, obozie pionierów i innych ciekawostkach przeczytacie w następnym poście.

UWAGA! Wbrew pozorom nie jestem fanem systemu/reżimu/władzy panującej w Korei Północnej. Jeżeli chcesz wiedzieć więcej na temat aktualnej sytuacji gospodarczej, społecznej i politycznej w KRLD wejdź TUTAJ lub TUTAJ. Trochę oficjalnej propagandy TUTAJ.