W tej części zahaczymy o Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malezję, Indonezję i… Berlin oraz Goteborg.

LIPIEC – DUBAJ, ABU ZABI, MALEZJA, INDONEZJA
Z okazji wejścia na polski rynek linie Emirates zaoferowały w lutym 2013r. bilety do Azji w rewelacyjnych cenach (od około 1500 PLN). Ponieważ na lipiec zaplanowałem dłuższe wolne (urlop bezpłatny) nie mogłem zbytnio wybierać terminów, więc mój bilet był droższy ale i tak cena była atrakcyjna. Lecąc liniami Emirates można także zrobić sobie krótki „stopover” czyli przerwę w podróży, która nie podniesie ceny biletu. Po drodze do Malezji zaplanowałem zatem przystanek w Dubaju i Abu Zabi. Dodatkowym bonusem od Emirates była możliwość zakupu wizy do ZEA za pośrednictwem linii za jedyne 70$ (ok. 220 PLN) – zwykła cena wyrobienia wizy u pośrednika w Polsce to ok. 500PLN.
DUBAJ kojarzy się wszystkim w luksusowymi hotelami, gigantycznymi centrami handlowymi, najwyższym budynkiem na świecie czyli Burj Khalifa i generalnie drożyzną. Tak naprawdę wszystko się zgadza poza drożyzną… oczywiście można spędzić noc w superluksusowym apartamencie za równowartość mojej 30 letniej pensji, tylko poco? Przyzwoite 4* hotele można znaleźć już za nieco ponad 200 PLN za noc (ze śniadaniem!). Mniej wymagający mają 2* za ok. 100PLN. Komunikacja miejska, w tym metro są bardzo tanie, jedzenie w klimacie kebabów i tanich restauracji też nie zniszczy naszego budżetu. Atrakcji nie brakuje: plaże, całoroczny stok narciarski, gigantyczne akwarium, souki (zadaszone targowiska) czy też wspomniane wcześniej centra handlowe i słynny drapacz chmur. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jedynym mankamentem jest pogoda i wilgotność. Po wyjściu z klimatyzowanego pomieszczenia czy stacji metra niemal odbijamy się od ściany żaru bijącego z zewnątrz. Wtedy szybko można zrozumieć dlaczego większość mieszkańców porusza się po mieści samochodami a budynki połączone są z metrem długimi klimatyzowanymi korytarzami.
Właśnie dlatego moja próba dłuższego spaceru po ABU ZABI (Abu Dhabi) zakończyła tuż po wyjściu  z Meczetu Szejka Zayeda. Pierwszy raz w życiu odechciało mi się dalszej wędrówki… chyba się starzeję ;)
MALEZJA – kolejna wizyta w tym muzułmańskim kraju była dla mnie bardzo szczególna. Dzięki moim malezyjskim przyjaciołom, których poznałem w Warszawie mogłem korzystać z ich gościmy na miejscu i popatrzeć na ich życie, zwyczaje i religię z zupełnie innej perspektywy. Trafiłem tam w środku Ramadanu czyli świętego miesiąca dla wyznawców islamu. Nam kojarzy się on głównie z morderczym postem zachowywanym w ciągu dnia, kiedy to nie można jeść i pić od wschodu do zachodu słońca. Oczywiście nikt mnie to tego nie zmuszał ale z szacunku dla moich postanowiłem przestrzegać reguł Ramadanu. Muszę przyznać, że na początku nie było to łatwe. Po południu dopadał mnie kryzys braku kalorii ale gorszy od tego był brak wody. Na szczęście tuż po zachodzie słońca zaczynała się prawdziwa uczta, która wynagradzała długie godziny postu. Tak mijał dzień za dniem… poza typowym hajlajtem Malezji czyli Kuala Lumpur najciekawszy był pobyt na BORNEO. Nocny spacer po dżungli, wyprawa łodzią w poszukiwaniu słoni, krokodyli, wszelakiego ptactwa i małp żyjących w swoim naturalnym środowisku a nie w zoo.
Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak wizyta w Centrum Rehabilitacji Orangutanów w Sepilok. Niespodziewanie przeżyłem tam zupełnie nieplanowane spotkanie oko w oko z orangutanem. Pisałem o tym tutaj.

INDONEZJA – korzystając z dobrodziejstwa dobrych cen w AirAsia poleciałem do Dżakarty (JAKARTA). Notoryczne korki na ulicach, tysiące skuterów, tłok, huk i hałas nie zachęcają do pozostania w stolicy na dłużej. Zauroczyła mnie jednak wizyta w historycznej części miasta, w której do dzisiaj czuć kolonialny klimat sięgający czasów Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Na weekend wyskoczyłem także na kolejową przejażdżkę do Bandung. Malownicza trasa prowadzi wśród małych wiosek, kolorowych pól ryżowych, lasów, gór. W sam raz na odpoczynek od zgiełku wielkiego miasta. Bandung to drugi pod względem wielkości obszar metropolitalny w Indonezji. Wśród turystów znany jest jednak z „jeans street” ulicy przy której zlokalizowane są setki outletów sprzedających produkty największych marek odzieżowych, których fabryki zlokalizowane są w Indonezji. Można tam znaleźć prawdziwe perełki za bardzo rozsądną cenę. Do Polski wróciłem zatem z tego wyjazdu z lekkim nadbagażem. Dobrze, ze Emirates to nie WizzAir i dla uniknięcia dodatkowych opłat nie trzeba pakować się w mini plecaczek.

Na SIERPIEŃ miałem kupiony dużo wcześniej bilet lotniczy LOT do BERLINA. Gdyby nie świetna cena 65,83PLN +29 PLN za kupon obniżający cenę, zapewne wybrałbym metodę tradycyjną czyli autobus np. PolskiBus lub Simpleexpress (ceny dla szczęśliwców już od 2PLN, choć bez większych problemów można kupić za 40-60PLN w jedną stronę korzystając z częstych promocji na tej trasie). Można też niemal w każdej chwili kupić bilety na pociąg PKP Intercity za 29EUR w jedną stronę. Wyjazd do Berlina zaczynam kratkować jak wyjście do Rossmanna. Fajne miasto, rozsądne ceny i zawsze można kupić prawdziwy niemiecki proszek do prania ;) [żart]. Jak zwykle w moim przypadku nie było jednak tak łatwo. Lot skasował loty do Berlina oddając pole Lufthansie i airBerlin. Mój lot został zatem przebudowany na dłuższą wycieczkę przez Frankfurt – Lufą. W powrotnej drodze miałem możliwość przetestowania linii airBerlin. Po dłuższej przerwie miałem możliwość odwiedzenia pałacu i parku Sannsouci w Poczdamie, a także odkryłem park Garten der Welt – Ogrody Świata gdzie za jednym zamachem można odwiedzić ogród chiński, japoński, koreański, orientalny, włoski, klasztorny – średniowieczny, a także znany z parków angielskich labirynt. Nie obyło się także bez kolejnej wizyty w East Side Gallery (graffiti na murze berlińskim).

We WRZEŚNIU zupełnie niespodziewanie znalazłem się w GOTEBORGU. Była to moja pierwsza od wielu lat zagraniczna podróż służbowa… Zgodnie z zasadą, że darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, korzystając z tego bonusu w oczekiwaniu na powrotny lot wykonałem szybki rekonesans miasta… a ponieważ zdjęcia gdzieś się zawieruszyły pozostaje tylko fotka zamieszczona kiedyś na Instagramie ;)

Ciąg dalszy nastąpi… zostały nam jeszcze: Amsterdam, Nicea, Cannes, Monako, Palanga, Luksemburg, FILIPINY i jeszcze raz Berlin ;)

Ciekawy temat? Podziel się  nim ze znajomymi korzystając z przycisków społecznościowych poniżej i polub Lotoholika na Facebook’u www.facebook.com/lotoholik Dziękuję!!!